Ascension – „Far Beyond The Stars” – power metal z wysp.

Ascension

Przyznam, że do zainteresowania się brytyjską grupą Ascension skusiła mnie okładka, która… niezbyt mi się podoba, delikatnie ujmując. Zanim posłuchałem nagrań wyobraźnia podsuwała  różnorodne pomysły co do muzycznej zawartości „Far Beyond The Stars”. Biorąc pod uwagę, że ostatnio trafiłem kilka udanych wydawnictw, postanowiłem zaryzykować bliższy kontakt z nieznaną wcześniej grupą. Najwyżej będę się budził z krzykiem. O tym jak skończyły się bliskie spotkania z utworami umieszczonymi na „Far Beyond The Stars” możecie poczytać niżej.

„Far Beyond The Stars” to pełnowymiarowy debiut młodych wyspiarzy z Ascension. Wielka Brytania raczej nie jest ziemią obiecaną power metalowych wykonawców i pewnie dlatego zespół rejestrował swoje kompozycje w Szwecji pod czujnym okiem znanego z występów w ekipie Kinga Diamonda producenta Andy La Rocque. Możemy jeszcze dodać, że ulubione inspiracje chłopaków z Ascension to Helloween, Gamma Ray oraz Hammerfall i pomalutku krystalizuje się propozycja zespołu. Płytę rozpoczyna „Somewhere Back In Time” gdzie czuć, że wspomniane inspiracje nie zostały zaczerpnięte z rękawa. Muzyczna galopada, solowe popisy, ultra-melodyjne refreny itd. Wszystko co znamy odgrzane kolejny raz i mimo, że technicznie Ascension razi sobie całkiem przyzwoicie to nie udało im się porwać mnie ze sobą. Sytuacji nie ratują również rozpędzony „Blackthorne” czy kolejny, mocno podobny „Reflected Life”. Wszystkie obowiązkowe zagrywki w power metalowym kanonie da się usłyszeć bez trudu ale brakuje mi czegoś charakterystycznego, co wyróżniałoby propozycję Ascension i pozwalało jednoznacznie stwierdzić, wyborne. Wracając do kuchennych porównań – dostajemy danie dnia piąty raz z rzędu. Nie przekonuje też przeciętny wokal. Wszystkie klocki są na swoim miejscu ale jakiejkolwiek oryginalności brak. Gdybym miał sobie wybrać jeden utwór z tej płyty, będzie to „Moongate”. Odrobina Iron Maiden z okresu wczesnych płyt i trącący popularnymi festiwalami refren ale jakoś to wszystko się broni. Obowiązkowa ballada jest. Nudzi tak jak zwykle nudzą takie numery. Plumkają panowie z delikatnymi orkiestracjami, a wokalista udowadnia, że jest obecny, bowiem charyzmatycznym czy hipnotyzującym trudno mi go nazwać. Pod koniec mamy jeszcze odrobinę folkowy, instrumentalny „Far Beyond The Stars”, na szczęście trwa tylko minutę z sekundami. Na koniec płyty wraca szybka jazda, podobna do tej z początku.

Niestety Ascension nie udało się sprawić abym często chciał wracać do tych nagrań. Wszystko to już słyszeliśmy w lepszym i świeższym wydaniu. Wyraźnie widać, że nie wystarczą umiejętności techniczne, których zespołowi nie odmawiam. Znany producent też nie pomógł, bo jakoś szczególnie „Far Beyond The Stars” wcale nie brzmi. Przeciętne kompozycje i przeciętne melodie to chyba największy ból tej płyty. Biorąc pod uwagę, że grupa jest młoda, a to przecież debiut, można oczekiwać, że z kolejnymi wydawnictwami przyjdzie większa różnorodność i ciekawsze pomysły na swoją twórczość. Ascension udowodnili tylko, że potrafią grać ale za dużo inspiracji, a za mało innowacji. Zabrakło szaleństwa. Na dzień dzisiejszy ode mnie przeciętnie z plusem i nadzieją na przyszłość. Jednym może się podobać i dobrze, innym, w tym piszącemu, niekoniecznie.

5,5/10


Ascension – „Far Beyond The Stars”
Marzec 2012
Wytwórnia: Spiritual Beast
Utwory:
1. Somewhere Back In Time
2. Blackthorne
3. Reflected Life
4. Heavenly
5. Moongate
6. Orb Of The Moons
7. Silver Tide
8. Time Machine
9. Far Beyond The Stars
10. The Avatar (Ascension)
11. Time For War (Japanese Bonus)

DeWu