Conquest – „IV” – power metalowcy z Ukrainy.

Conquest

Ukraińska grupa Conquest powstała w 1996 roku, początkowo jako jednoosobowe przedsięwzięcie. Dosyć szybko dołączyli kolejni muzycy i ruszyli z koncertami. Przyznam, że album zatytułowany „IV” (czwarty w dyskografii) jest moim pierwszym kontaktem z tym zespołem więc porównań do poprzednich płyt siłą rzeczy nie będzie. Co ma do zaoferowania piątka panów z Ukrainy? Solidny power metal w bardzo klasycznym wydaniu, gdzie aż skrzy się od naleciałości niemieckich gigantów z Helloween na czele. Odwiedzimy też rejony ograne wcześniej przez Judas Priest, Iron Maiden, Def Leppard i Saxon. Na wstępie jeszcze małe ostrzeżenie. Łatwo o pomyłkę przy wyszukiwaniu grupy Conquest, nazwa jest całkiem popularna, że wspomnę tylko dwa zespoły, amerykański i fiński, oba metalowe.

Płyta zaczyna się utworem „Storm”, który ku mojemu zaskoczeniu nie wypada źle. Solidnie grzmiąca perkusja, tradycyjnie tnące gitary i tylko nieco za delikatny dla mnie jest wokalista. Bardzo klasyczny power metalowy numer, którego można posłuchać zarówno w samochodzie jak i na jakimś przyjęciu. Goście nie uciekną z krzykiem jeśli tylko tolerują „sfuzowane” gitary. Solidne rzemiosło bez rewelacji. Jest miejsce na klawisze, gitarowe ornamenty i solówki. Jedyny mankament jest taki, że wszystko to już kiedyś mogliśmy słyszeć. „Lost Battle” otwierają plumkające klawiszki i po kilku wejściach sekcji mamy ponownie rasowe power metalowe galopowanie. Nadal nie przekonałem się do wokalu. Melodia w refrenie całkiem łatwo wchodzi mimo, że ociera się nieco o festiwal. Trzeci w kolejności „Godless Teritory” również zasługuje na kilka słów pochwały za dalszy ciąg kawaleryjskiej szarży. Tutaj pan za mikrofonem pozwala sobie nawet momentami zacharczeć. Bez obaw, growli nie ma ale i tak ciut lepiej to brzmi. W refrenach wpada w wysokie rejony i tak się radośnie toczy ten kawałek. Początek płyty jak najbardziej na plus. Koniec chwalenia nastąpił wraz z utworem „My Special Way”. Ne przepadam za metalowymi balladami, a ta jakoś wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Taka „lajtowa” pioseneczka, którą pewnie nawet dałoby się wylansować w komercyjnym radiu przy wsparciu bogatej wytwórni. Od tego utworu zaczyna się wyjątkowa obniżka formy ukraińskich metalowców bo nazwanie numeru „Save Me” metalowym to spore nadużycie. Zaczyna to wyglądać jak gdyby zespół stanął w rozkroku pomiędzy klasycznym power łojeniem, a graniem piosenek przyjaznych radiu i notowaniom sprzedaży. Nie ma co ukrywać, dla mnie ten utwór jest obrzydliwy. „Frozen Angel” mimo tempa pozbawione jest pazura jaki mieli w pierwszych utworach, a przy „Be Me Light” już całkiem ogarnęły mnie wątpliwości co do sensu dalszego opisywania płyty. „Intruder” nieco poprawił nadszarpnięty wizerunek, chociaż wysokie tony wokalisty budzą uśmiech. Niestety ostatnie dwa utwory przeleciały mi przez uszy nie wzbudzając większego entuzjazmu.

Podtrzymuję, o czym wcześniej wspominałem, że „IV” to bardzo nierówna płyta, która przyzwoicie się zaczyna, a po zaledwie kilku utworach zaczyna mocno obniżać loty sięgając czasem zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie, w rejony zarezerwowane dla pop rocka. Muszą panowie się zdecydować gdzie im będzie lepiej bo trzymając dwie sroki za ogon w pewnym momencie zostaną jedynie z wyrwanymi piórami w rękach, a obie sroki zwieją. Bardzo chciałem dostać dobrą płytę, która mogła czerpać z najlepszych wzorców dokładając odrobinę swojego lokalnego kolorytu, dostałem zaś kalkę sprawdzonych patentów, a czarę goryczy przelał brak zdecydowania w wyborze drogi, którą muzycy chcą podążyć. Nie skuszę się na wcześniejsze dokonania ukraińskiego Conquest mimo, że życzę im jak najlepiej.

3,5/10

Conquest – „IV”
Grudzień 2011
Wytwórnia: Quarter Century Flame

Lista utworów:
1. Storm
2. Last Battle
3. Godless Territory
4. Metal Wings
5. My Special Way
6. Seventh Gate
7. Save Me
8. Frozen Angel
9. Be My Light
10. Intruder
11. Forgotten Dreams
12. Anthem

DeWu