Freedom Call – „Land Of The Crimson Dawn” – kilogramy lukru na zbroi

Freedom Call - promo

Pamiętacie scenę z filmu Aleksandra Forda „Krzyżacy”, w której oddział zakonny podróżuje sobie poprzez lasy podśpiewując chóralnie „tandaradei”? Słuchając „Land Of The Crimson Dawn” niemieckiego Freedom Call mam nieodparte wrażenie, że zespół musiał to oglądać. Stężenie rycerskości, stukot kopyt, furkoczące chorągwie i zbiorowe śpiewy to istota tego wydawnictwa.

Freedom Call to nie debiutanci ale działająca od 1998 roku power metalowa grupa, która wydała właśnie swój siódmy album z nowym materiałem. Faktem jest, że z zespołem rozstał się rok wcześniej perkusista Dan Zimmermann, a z pierwszego składu pozostał aktualnie jedynie śpiewający Chris Bay. Wielkich zmian w muzyce zespołu jednak nie ma. Freedom Call zawsze proponował solidny, rzemieślniczy, typowy dla rynku niemieckiego power metal. Zdradzę, że i tym razem nie jest inaczej… no, może jednak inaczej jest ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od zagadki. Co to jest? Horda goblińskich szamanów naparzająca w swoje bębny, szarżująca z łopotem skrzydeł husaria, chóralne śpiewy rodem z weselnej potańcówki o piątej rano i folkowe wstawki, w których pogrywa gdzieś echo irlandzkich pasterzy… i tylko owiec brak. Można też inaczej. Niezwykle szybki numer z ultra przebojowymi riffami, folkowymi naleciałościami, obowiązkowym solem gitarowego guru i melodią odśpiewaną w refrenach wspólnymi siłami. To rozpoczynający „Age Of The Phoenix”. Ufff! A teraz wystarczy policzyć, że na płycie jest czternaście takich hiciorów wspartych klawiszem rodem z dyskotekowych przebojów. Za używanie takich brzmień w „parapecie” powinna polecieć czyjaś głowa. Liczne, chóralne „Ooo ooo ooo!” zawsze lubiłem. Gdyby tylko nie tekst, „Rockstars” to momentami naprawdę fajny kawałek. Dokładnie tylko „fajny”, słodzą aż zęby bolą. „Crimson Dawn” przechodzi w kłus bliski takiemu znanemu z Iron Maiden ale te śpiewy… bawarskie. Kiełbaski, piwo i do tego golonka w miodzie. Wygrana Eurowizji w kieszeni. Spodziewacie się, że Freedom Call zwolni? Mowy nie ma, „66 Wariors” zaczyna się jakimś dziwacznym orientalizmem aby potem groźnie poinformować nas, że zbliża się sześćdziesięciu sześciu heavy metalowych wojowników… łzy szczęścia już spłynęły mi na lica, a ze śmiechu mało nie spadłem z siedzenia. Gdyby ktoś zapomniał to… wszystko przy wtórze galopującej kawalerii. Folkiem obrodziło za to w „Back Into The Land Of Light” i gdyby nie dyskoteka na „parapecie”, San Remo w wokalnych popisach oraz plastikowe fanfary z klawisza. Sam już nie wiem czy to żart, puszczanie oka czy też niemiecki zespół power metalowy (tutaj ja sobie puszczę oko). Każdy fan metalu może dobić się za sprawą „Hero On The Video”. Takich „przebojów” nie produkowały nawet pierwszoligowe kapele pudel metalowe. W tym momencie ocena poleciała na pysk. Uprzedzam, że im dalej tym jeszcze więcej umownej przebojowości i umizgów do zupełnie innej publiczności. „Rockin’ Radio” mocno zalatuje właśnie amerykańskimi metalowcami z lat osiemdziesiątych, problemem jest tylko, że wyłącznie zalatuje i nic nowego nie wnosi. Wymagam odrobinę więcej od tak znanego zespołu. Bez obciachu można sobie puścić za to „Terra Liberty”, ot power metal z owszem, melodyjnym refrenem ale lukru zdecydowanie mniej. „Space Legends” również policzę Freedom Call” na plus bo wygłupów znacznie mniej. Nie mogli całej tej płyty tak nagrać? Wydawnictwo kończy „Power & Glory” gdzie ponownie możemy usłyszeć udawane instrumenty ludowe we wstępie i nawiązania do rynku amerykańskiego. Galopowanie lekko stonowane za to śpiewy i tematyka ponownie ocierają się o obciach. Wyśpiewanie „heavy metal party” przelało czarę goryczy.

Nie wątpię, że na niemieckim rynku muzycznym taka marka sprzeda się świetnie, Japończycy też pewnie oszaleją. Towarzystwo w krótkich spodenkach i czapkach z piórkiem będzie sobie zapewne podśpiewywać i jodłować podczas słuchania najnowszego dokonania Freedom Call. Co do losu grupy i  „Land Of The Crimson Dawn”  na naszym rynku żywię poważne wątpliwości. Lubię słodycze ale nie w nadmiarze. Lubię chóralne śpiewy, pędzącą sekcję rytmiczną i tnące melodyjnymi riffami gitary ale na bogów… nie aż tak, żeby mi plomby wypadały z nadmiaru cukru. Są na tej płycie momenty bardzo kuszące i niestety trwają po kilkanaście, kilkadziesiąt sekund, kiedy to z radością nóżka tupie i wymachiwać kuflem ma się ochotę ale chwilę potem wpada melodyjka z festiwalu, plastikowe klawisze albo coś równie plastikowego udającego inny instrument i jeszcze te teksty. Dajcież panowie spokój. Wszystkie te hymny na temat metalu brzmią po prostu śmiesznie i zdecydowanie infantylnie. Dobrego rocka nie trzeba bronić tekstami o jego wielkości. Za chóralne „Whooooo!” dam im jednak plusa! Płyta jak płyta, o dwadzieścia lat spóźniona.

3/10 

Freedom Call – „Land Of The Crimson Dawn”
Luty 2012
Wytwórnia: SPV/Steamhammer

Lista utworów:
1. Age of the Phoenix 
2. Rockstars 
3. Crimson Dawn 
4. 66 Warriors 
5. Back into the Land of Light 
6. Sun in the Dark 
7. Hero on Video 
8. Valley of Kingdom 
9. Killer Gear 
10. Rockin’ Radio 
11. Terra Liberty 
12. Eternity 
13. Space Legends 
14. Power & Glory

Freedom Call wypuścili również oficjalny teledysk do jednego z najgorszych numerów na płycie. Obrazka się nie czepiam bo to nawet dobrze, że mają dystans do siebie, a strona wizualna jest tutaj najmniej istotna. Nie mogłem sobie odmówić „uraczenia” czytelników tym kawałkiem.

DeWu