HammerFall – „Infected” – power metal i gromada zombie.

hammerfall_press

 HammerFall to jedna z ikon power metalu, która ostatnimi laty nie miała szczęścia do nagrania wydawnictwa zdolnego dorównać swoim wcześniejszym dokonaniom. Poprzedni longplay – „No Sacriface, No Victory” był tak marny, że niektórzy wieszczyli grupie rychły zgon. Tymczasem HammerFall zebrał siły, zmienił producenta i zaserwował nam swoje nowe studyjne dokonanie.

Zanim przejdziemy do pisania o zawartości muzycznej, rzućmy okiem na okładkę. Poszukując dokonań power metalowych w sklepie można przejść obok, albowiem pozbawiona jest charakteryzujących do tej pory wydawnictwa grupy elementów. Brak pana z dwuręcznym młotem, brak charakterystycznego logo zespołu i zupełne odejście od stylistyki fantasy. Na okładce mamy wynurzającą się rękę w miejskim tle. Miłośnicy gier komputerowych spostrzegą pewne podobieństwo do okładki gry komputerowej Left 4 Dead, pozostali mogą wzruszyć ramionami. Tym razem HammerFall odpuścił tematykę rycerzy, smoków i epickich bitew poszukując czegoś bardziej współczesnego, a czy jest to próba udana ocenią słuchacze.
Zgodnie z tytułem płyty i okładką, hordy zombie pojawiają się już w pierwszym kawałku. „Patient Zero” oferuje nam tłuczone szkło, syreny ostrzegawcze i grzmiący zespół. Masywne gitarowe riffy, niespieszna perkusja plus wyciągane wysoko w górę partie wokalne o tematyce zombich. Kilku zombie podczas nagrywania tego kawałka mogło zdziałać cuda lecz niestety nikt nie wpuścił ich do studia. Tempa nabierają dopiero pod koniec utworu ale niedosyt pozostaje. Czegoś w tym utworze brak. Galopy zaczynają się w „B.Y.H.”. Wreszcie perkusista depcze swoje bębny, gitarzyści tną jak na HammerFall przystało, a cały utwór ocieka tym z czego Szwedzi słyną. To co zdołali zdziałać wcześniej skutecznie „upupiają” kolejnym „One More Time”. W „The Outlaw” znów przyśpieszają przypominając o korzeniach. Są wyścigowe solówki, podniosłe, melodyjne refreny i tylko szarży rycerstwa na smoka zabrakło. Nie lubię metalowych ballad więc „Send Me A Sign” nie miało szans na zmianę mojego nastawienia. Plumkają, śpiew jest dostatecznie podniosły, a gościnne deski Opola czy innego San Remo z pewnością się pod grupą nie załamią. Na sam koniec robi się mocniej i tyle. „666 – The Enemy Within” atakuje klawiszami. Chyba momentami zabrakło ich we wcześniejszych kompozycjach bo dodały sporo przestrzeni. Niestety na dalszą cześć utworu klawisze za często wyłączają. „Let’s Get In On” z dodanym w studiu koncertowym elementem wygląda na jeden z jaśniejszych fragmentów płyty. Kończący „Redemption” wspomagają znów nieco bardziej eksponowane klawisze ale niestety, po obiecującym początku zaczyna brakować duszy.

Nie wiem czy zmiana producenta w czymkolwiek grupie pomogła. HammerFall to bardzo sprawni muzycy, potrafiący robić cuda z instrumentami lecz niestety zabrakło chyba zdecydowania, w która stronę chcą podążać. Nie przekonują mnie średnie tempa, brak solidnych i wyczerpujących galopad, a przede wszystkim brak utworów przy których chce się poskakać wykrzykując refreny z zespołem. Nie przypadła mi również do gustu produkcja studyjna. Wyprane to z emocji i zbyt sterylne, a nie od dzisiaj wiadomo, że dzieła powstają z pasji, a ta nie musi wcale iść w parze z techniczną doskonałością. Kilka razy pewnie posłucham ale na długo z „Infected” się nie zwiążę.

6/10

HammerFall – „Infected”
maj 2011
Wydawca: Nuclear Blast Records

Utwory:
1. Patient Zero
2. B.Y.H.
3. One More Time
4. The Outlaw
5. Send Me a Sign
6. Dia De Los Muertos
7. I Refuse
8. 666 – The Enemy Within
9. Immortalized
10. Let’s Get It On
11. Redemption
 

DeWu