Midnattsol – „The Metamorphosis Melody” – symfoniczny i sympatyczny.

Midnattsol_fot_midnattsol_com

Midnattsol to niemiecko-norweska ekipa, która wypuściła niedawno swój trzeci album zatytułowany „The Metamorphosis Melody”. Ich dokonania opatrzone etykietą metalu symfonicznego, gotyckiego i folkowego wyraźnie słychać na wspomnianej płycie. Jest tak podniośle, klimatycznie i precyzyjnie, że momentami miałem ochotę aby ktoś przebił ten balon.

Grupę utworzyło w 2002 roku dwoje muzyków,  Carmen Elise Espenæs, która jest młodszą siostrą  Liv Kristine znanej z równie symfonicznego Leaves’ Eyes oraz Christian Hector. Do składu zaprosili jeszcze czwórkę muzyków, w tym basistkę Birgit Öllbrunner i w 2005 roku wypuścili swój pierwszy album „Where Twilight Dwells”, na którym pojawiła się spora ilość norweskich opowieści ludowych opatrzonych symfoniczno-metalową oprawą. To pozostało w twórczości Midnattsol niezmienne. „The Metamorphosis Melody” to granie jakie z pewnością przypadnie do gustu wszystkim zwolennikom czystego kobiecego wokalu, bez popadania w operę, solidnych gitarowych riffów, bez przesadnej ostrości i ogromnej ilości symfonicznych ozdobników. Całość dopracowana do perfekcji.

Jak w przypadku wielu innych płyt na wstępie dostajemy krótki utwór wprowadzający „Alv”. Pełen jest smyczków i z miejsca informujący czego można spodziewać się dalej, tyle tylko, że dalej będzie już z gitarami. Pozostałe kompozycje mają z reguły po pięć minut i więcej, a grupa ma miejsce na wprowadzanie różnorodnych przejść, zwolnień oraz miliona symfonicznych dodatków. „The Metamorphosis Melody” ma wszystko co powinien posiadać symfoniczny przebój. Jest ładna melodia, partie ostrzejsze i spokojniejsze, a Carmen Elise pięknie i czysto czaruje nas barwą głosu. W twórczości Midnattsol nie znajdziecie żadnych ryków czy innych rzężeń, z małym wyjątkiem ale o tym później. „Spellbound” od swojego poprzednika rozdziela chwila ciszy, co dla mnie miało znaczenie niebagatelne bo dostrzegłem, że słucham kolejnej kompozycji. Nadal jest ładnie i melodyjnie, a wszystkie użyte wyżej opisy pasują i tutaj. „The Tide” rozpoczyna się balladowo i brzmi słodko. Gitarka plus śpiew różnią się od wcześniejszych numerów. Od połowy mamy już jednak powrót do mocnego i symfonicznego uderzenia. „A Poet’s Prayer”, „Forlorn”, „Kong Valemons Kamp” to dokładnie takie utwory jak opisywane wcześniej. „Goodbye” dostało zdecydowanie większy zastrzyk folku i ta ballada błyszczy wśród innych numerów. Zwraca też uwagę „Motets Makt” z power metalowymi wstawkami, które odnajdą się również w bonusowym, dodanym w edycji specjalnej „A Predator’s Prey”. Tutaj niespodzianka. Mamy charczący męski wokal. Nie za wiele ale jednak odrobina jest. Pewnie dlatego trafił tylko jako bonus, a szkoda bo zdecydowanie ożywia twórczość grupy.

Dla mnie „The Metamorphosis Melody” jest zbyt monotonne jednak podejrzewam, że dla fanów symfonicznego metalu może być pozycją bardzo dobrą lub przynajmniej dobrą. Wszystkie kompozycje mają odpowiednią oprawę, a od różnorodnych dźwięków jest aż gęsto. Do umiejętności Carmen Elise też nie wypada się czepiać bo głos ma jak dzwon i korzysta z niego umiejętnie. Całość wyprodukowana perfekcyjnie ale to w przypadku zespołów z nurtu symfonicznego wcale mnie nie dziwi. Pomimo wszystkich wcześniejszych narzekań mogę określić „The Metamorphosis Melody” jako solidne rzemiosło i nie ma w tym żadnej złośliwości.

7/10


Midnattsol – „The Metamorphosis Melody”
Kwiecień 2011
Wytwórnia: Napalm Records

Utwory:
01. Alv
02. The Metamorphosis Melody
03. Spellbound
04. The Tide
05. A Poet’s Prayer
06. Forlorn
07. Kong Valemons Kamp
08. Goodbye
09. Forvandlingen
10. Motets Makt
11. My Re-creation
12. A Predator´s Prey (bonus)

DeWu