Power Quest – „Blood Alliance” – power metal w bezpiecznym opakowaniu.

Power_Quest_(Band)_by_Eneas

Nadrabiamy zaległości w klasycznym power metalu zanim recenzenta ponownie zniesie na wody innych gatunków. Bohaterowie tego tekstu to grupa o nazwie równie wymownej jak styl muzyczny. Power Quest pochodzą z Wielkiej Brytanii, która raczej takimi brzmieniami silna nie jest, a policzenie power metalowych zespołów przychodzi łatwo nawet drwalom. Power Quest błyszczy więc obok Dragonforce całkiem zasłużenie mimo, że poprzednie wydawnictwo trudno zaliczyć do wybitnych. Grupy nie omijały również personalne perturbacje, co zapewne miało wpływ na to, że „Blood Alliance” ukazał się właśnie teraz.

Zanim płyta na dobre usadowi się w odtwarzaczu, możemy obejrzeć okładkę w klimacie pełnym magii, na której co prawda tytułowy „blood” nie występuje, ale magiczny portal oraz zakapturzona postać w towarzystwie licznych piorunów jest. Czy pioruny połaskoczą nas jak owego tajemniczego osobnika?

Rozpoczyna się od pędzącego „Battle Stations”. Jest w nim wszystko za co jedni kochają gatunek, a inni marszczą brwi. Gitarowe galopady, solówki, karabinowa perkusja. Krótszy niż dwie minuty przedsmak reszty utworów. „Rising Anew” kontynuuje power metalową tradycję. Chóralne refreny, klawiszowe tła, solówki pędzące w nadświetlną, bez eksperymentów i udziwnień. Chity Somapala wokalistą jest niezłym. Nie próbuje przesadzać z zawodzeniem, nie mamrocze również pod nosem. Doskonale pasuje do formuły obranej przez zespół, a ta jest prosta. Gramy szybko, melodyjnie z obowiązkowymi elementami gatunku. Można w ten sposób opisać całe „Blood Alliance”. „Sacrifice” jest nieco wolniejsze, oparte na tradycyjnym metalowym riffie i festiwalowym refrenie. „Survive” zdominowały klawisze o brzmieniu jakiego używano w zeszłym wieku, ale już galopady i refreny niebezpiecznie przypominają inne utwory. „Better Days” to znów klawisze, które mi kojarzą się z dokonaniami amerykańskich grup pudel metalowych. Nie sposób odmówić grupie sprawnego komponowania jednak oczekiwanie, że zaskoczą czymkolwiek doprowadza do lekkiego rozczarowania. Nic z tych rzeczy. „Crunching The Numbers”, „Only In My Dreams” kontynuują linię rozpoczynania klawiszami i późniejsze odrobinę ostrzejsze wejścia gitar, cały czas jednak z zachowaniem bezpiecznych melodii i wszystkich wymienionych wcześniej elementów, które składają się na dowolną kompozycję Power Quest. Tak samo jest w przekraczającym dziewięć minut „Blood Alliance” czy „City of Lies”. Na zakończenie płyty pojawiają się dwa wnioski. Power Quest zaskoczył mnie brakiem obowiązkowej ballady i mam kłopoty z odróżnieniem poszczególnych utworów od siebie. O ile rozpędzony początek rokował nadzieje, o tyle późniejsze zwolnienie tempa i doprawianie wszystkiego plastikowymi brzmieniami klawiszy od pewnego momentu robi się irytujące.

„Blood Alliance” pokazuje Power Quest jako bardzo solidną power metalową ekipę, która rygorystycznie trzyma się granic gatunku wypracowanych lata temu. Nie każdy musi być wizjonerem i zapewne grupa dostarcza solidnej, sprawdzonej formuły dla fanów oczekujących takiego właśnie grania. Poszukujący eksperymentów i nowych rozwiązań będą raczej zawiedzeni.

5,5/10

Power Quest – „Blood Alliance”
Kwiecień 2011
Wytwórnia: Napalm Records
Utwory:
1. Battle Stations
2. Rising Anew
3. Glorious
4. Sacrifice 
5. Survive 
6. Better Days
7. Crunching the Numbers 
8. Only in my Dreams 
9. Blood Alliance 
10. City of Lies

DeWu