Thunderbolt – „Dung Idols” – też lubimy klasykę heavy metalu.

Thunderbolt_band

Na wieść o tym, że do recenzji trafia płyta kolejnej norweskiej grupy poczułem lekką obawę. Kraina wikingów słynie głownie z ekstremalnych odmian współczesnego metalu… i grupy A-ha. Tymczasem już pierwsze dźwięki „Dung Idols” wprawiły mnie w niemałe zdumienie. Thunderbolt nie jest angielską grupą z czasów popularność nowej fali brytyjskiego metalu?

Ci którzy wszystkie nowe metalowe wynalazki wkładają do wora z napisem „hałas” powinni być zainteresowani, a dowodem są koncerty, które nadal gromadzą spore tłumy. Jest widać zapotrzebowanie na retro metal. Czy Thunderbolt uda się dołączyć do szacownego grona klasyków wnosząc świeżą krew? Mam spore wątpliwości.

Na początek okładka. Gotycka ulica spowita mgłą na krańcu której zębiska szczerzy brama – monstrum. Jest obowiązkowy księżyc w chmurach i tandetne kolorowe neony. Nie przekonuje mnie ale z krzykiem też nie uciekam. Heavy metalowy przeciętniak. Okładka często zdobi płytę lecz nie zastępuje jej treści, na szczęście. Zajmijmy się wobec tego treścią muzyczną.

Rozpoczynają utworem, który dał tytuł całemu wydawnictwu, „Dung Idols”. Nie ma growli, gitary nie zostały obłożone blachą falistą, a perkusista nie pobierał nauk obsługi młota pneumatycznego. Krótko – jest klasycznie. Następne kilka słów powinno zostać poświęcone grupie Iron Maiden, która wyraźnie inspiruje muzyków Thunderbolt. Tak wyraźnie, że nawet przez chwilę zastanawiałem się czy ktoś płyt nie pomylił, a ja nie słucham jakiś zaginionych rarytasów. Z jednej strony szacunek za przypominanie tradycji, a z drugiej… Iron Maiden robiło to lepiej. Wokaliście brakuje niestety pasji, nie potrafi mnie przekonać, że swoje partie wykonuje z zaangażowaniem. Gitary odrobinkę za miękkie ale w sumie, numeru daje się słuchać. Niestety, następujący chwilę po tym „Metal Tide” jest bardzo nijaki. Gra, galopuje ale coś z niego zapamiętać to już trudna sztuka. Przepraszam, są zespołowe śpiewy. W „Special” czy „Land Of The Living” zespół gra nadal, na to samo Maidenowe kopyto. Utrzymują praktycznie niezmienne tempo, te same gitary, te same śpiewy i przejścia. Przy drugim słuchaniu nie zwracałem nawet uwagi czy to jeden, czy trzy numery. „Majestic Travesty” odróżnia burczący bas i odrobinę cięższy klimat. Tony Johannessen nadal leci manierą na Dickinsona, co w tym utworze fajnie nie wypada. Kawałki przelatują, a moją uwagę zwrócił dopiero „Heel Run”, galopujący naprawdę przyzwoicie. Przesiadka z Iron Maiden na Helloween. Największa zaletą tego utworu jest wyrwanie mnie z letargu. W „Black Horde” pojawia się więcej kombinowania i nawet początkowy śpiew łapie kilka charczących nut. Zamykają album numerem „Crime Of The Sentry”, o którym można napisać wszystko co już pisałem wyżej.

„Dung Idols” jest trzecią płytą Thunderbolt i nowością po kilkuletniej przerwie. Grupa miała spore problemy z masteringiem wydawnictwa, a wszystko to wpłynęło najwyraźniej na całość. Klasyka klasyką lecz zbyt duże inspiracje odzierają zespół z indywidualności i to niestety jest pierwszym zarzutem. Drugim jest produkcja. Brak soczystości brzmienia i zróżnicowania kompozycji powoduje, że po pierwszym uśmiechu powstaje pytanie o to czy słucham nowego numeru, czy nadal leci ten sam. Thunderbolt chyba zbyt daleko poszedł w swoim zapatrzeniu na idoli. Jeżeli ze współczesnych płyt opartych na klasyce mam dokonywać wyboru to wolę debiut Black Spiders lub nowe Graveyard. Nie przekreślam Thunderbolt całkowicie i liczę na to, że po okresie letargu przyłożą się po prostu do komponowania i dodadzą odrobinę mocy oraz własnego piętna kolejnym płytom.

5/10


Thunderbolt – „Dung Idols”
Marzec 2011
Wydawca: Rock It Up Records


Utwory:
01. Dung Idols
02. Metal Tide 
03. Special
04. Land Of The Living
05. Majestic Travesty
06. Fight
07. The Moderators
08. Heel Run 
09. Black Horde
10. Crime Of The Sentry

De Wu